________________________________________________________________
IV.
Nie mamy czasem wrażenia, że nasze życie biegnie nieubłaganie? Możliwe.
Był to pochmurny, zimny dzień. Od czasu do czasu padał śnieg, a jeziora pokryte były kruchą taflą lodu. Gdzieś w oddali słychać było śmiech dzieci wracających właśnie z zimowej zabawy na swoich małych, drewnianych saneczkach struganych przy cieple kominka w najzimniejsze dni.
Stałam w jednym miejscu patrząc na ból cierpiących. Fleur krzyczała. Ubrane na czarno postacie próbowały ją uspokoić. Dziewczyna pobiegła na piętro. Poszłam za nią.
- Fleur?
Nastała głucha cisza.
- Posłuchaj. Tylko czas potrafi zagoić rany.- zaczęłam.
- Ale nie rozumiesz, że ona już nie wróci?!- krzyknęła.
Postanowiła wyjść, lecz w drzwiach spotkała się z Billem.
- Jest załamana.- powiedziałam.
- Ja także.- odrzekł rudowłosy mężczyzna.
Zeszłam na parter. Postanowiłam już jechać.
- Hermiono, nie chciałabyś zostać na noc?- zaoferowała Molly, jak zwykle serdeczna i uprzejma.
- Nie dziękuję, pani Weasley.
- Mówiłam, mów mi Molly.- i serdecznie się uśmiechnęła.
Już chwilę później znalazłam się w domu. Otrzepałam się od popiołu z kominka i ruszyłam prosto w stronę łóżka. Znów nękał mnie ten sen. Ten z zakapturzoną postacią. Nadal budziłam się w momencie odkrycia kimże jest ta osoba.
Nastał poniedziałek. Mój ulubiony dzień tygodnia. Ubrałam się w żakiet i czarną spódniczkę,
a następnie wyjrzałam za okno. Zobaczyłam piękny krajobraz kończącej się zimy. Wszystkie nasze smutki miały odejść. Małymi krokami zbliżała się wiosna. Aż chciało się żyć.
Pięć minut później byłam już w pracy. Jak zwykle pełno zabieganych czarodziei, gdzie każdy szedł w innym kierunku. Weszłam do windy i wcisnęłam ‘’2 piętro’’. Znalazłam się w moim gabinecie. Mogłam spokojnie rozmyślać i nikt dzisiaj nie mógł mi tego zepsuć. Wtem usłyszałam pukanie do drzwi. Weszła moja asystentka – Susan.
- Przepraszam, jeśli przeszkadzam, ale przybył do pani Gerard Tomson.
- Ten co pomoga osieroconym dzieciom?
- Tak.
- Dobrze niech wejdzie.
- Dzień dobry, pani Granger.- usłyszałam gruby, basowy głos. Był to niski mężczyzna w czarnym kapeluszu o śmiesznej posturze ciała.
- Witam. Co pana do mnie sprowadza?
- Sprawa dwóch szesnastoletnich dziewcząt.- oznajmił. – są to bliźniaczki, które nie mają żadnej rodziny oprócz pewnego nieznanego nam człowieka. Po prostu nie wiemy kim jest, a jedna z nich nie chce powiedzieć kto to.
- Niech pan przejdzie do sedna sprawy.
- Czy mogłaby pani zaopiekować się nimi na czas znalezienia tego człowieka?
- Dlaczego to ja miałabym się nimi opiekować?
- Ponieważ to pani mogłaby się od nich tego dowiedzieć.
- Dobrze, nie mam innego wyboru.- stwierdziłam.
- Och, jestem niezmiernie wdzięczny! Dziewczynki zaraz tu będą. Na pewno znała pani Lemaire ‘ ów, tych aurorów.
- Nie, niestety nie.
W tym momencie weszła rudowłosa dziewczyna. Miała gruby, lśniący warkocz i zielone oczy. Ubrana była w fioletową spódniczkę w kwiaty, która układała się na niej idealnie. Do tego białą bluzkę i amarantową marynarkę.
- Dzień dobry, nazywam się Rosie Lemaire.- przywitała się uprzejmie.
- A gdzie twoja siostra? – zagrzmiał Tomson.
- Nie mam pojęcia, ponieważ nie chciała jechać ze mną w jednej windzie. Z resztą to nawet dobrze…
Rozmowa układała się bardzo dobrze. Jeśli jej siostra będzie taka sama to nie będzie kłopotu.
Przybyła oczekiwana.
Ujrzałam wysoką, chudą dziewczynę. Poczułam się dziwnie, dreszcz przeszedł mi po plecach. Ona miała identyczne rysy twarzy jak Bellatrix Lestrange. Z tą kobietą nie można mieć dobrych wspomnień. Jej czarne włosy opadały na delikatne ramiona. Miała piękne, duże oraz brązowe oczy,
a cerę nieskazitelnie białą i czystą. Ubrana była w czarną sukienkę i glany tego samego koloru. Z kieszeni wystała jej różdżka i jakiś notes.
- Witam.- powiedziała z dziwnym uśmiechem na ustach.
- Może się przedstawisz?!- zawołał mężczyzna.
- Ach, no tak. Zapomniałam.- powiedziała lodowatym tonem.- Sophie Lemaire.
- Hermiona Granger. Będziecie u mnie mieszkać do końca ferii świątecznych. A potem wrócicie do wuja…
- A jak już o tym mówimy. Powiesz wreszcie kim on jest?!- Tomson był bardzo zdenerwowany.
- Jeśli tego pragniecie.- zawołała.
- Proszę, Sophie! Nie mów!- krzyknęła zrozpaczona Rosie. – obiecajcie, iż będziemy mogły zostać u pani!
- Dracon Malfoy to nasz wuj. Podobno cudowny człowiek.
- Ale to niemożliwe…- zrobiło mi się ciemno.
Wpadłam do jakiejś czarnej odchłani. Lecz po chwili usłyszałam głosy. Znajdowałam się już w domu.
- Zrobiłam kolację. Dobrze, że już się pani obudziła.- ujrzałam Rosalie coś nakładającą.
- Gdzie Sophie?
- Zwiedza okolicę. Powinna być tak po dwunastej.- oznajmiła spokojnie.
- Po dwunastej?! Sama po lesie?! Jak ją coś zaatakuje nie będzie mogła się obronić. Ma jeszcze namiar!- dziewczyna nie ukończyła jeszcze szesnastu lat z tego co było mi wiadomo.
- Dla niej to normalne.- stwierdziła obojętnym tonem.
Przygotowałam im łóżka w pokoju gościnnym, a sama postanowiłam czekać aż dziewczyna się pojawi.
Ależ nie ma za co ;) Cała przyjemność po mojej stronie xD
OdpowiedzUsuńRozdział jak zwykle EXTRA! :) Czekam na wiecej;p
Świetne opowiadanie :3 Czekam na dalsze rozdziały :D
OdpowiedzUsuńNa urok-wroga.blogspot.com ukazał się drugi rozdział. Serdecznie zapaszam do przeczytania ; *
OdpowiedzUsuń+Kiedy będzie kolejna część? Bardzo lubię Twój styl pisania.